Miasto w ogniu

19 października 2016

glowne

Sasza Załuska, specjalistka od profilowania, jak i również od spalonych akcji, powraca by stawić czoła nowemu wyzwaniu. Tym razem trop prowadzi do Łodzi – miasta, które niebawem stanie w ogniu.

Jej ostatnie śledztwo w Hajnówce (opisane w Okularniku”) powinno się odbić szerokim rykoszetem na jej karierze, nie mówiąc już o poczuciu wolności. A jednak – wbrew swoim najgorszym przeczuciom i zawistnym kolegom z komendy, udaje jej się uniknąć konsekwencji tej akcji. Ale kolejnego ostrzeżenia nie będzie. Natomiast będzie cywilny etat w gdańskiej policji i natychmiastowa delegacja służbowa do Łodzi.

Oficjalnie – jej najnowsze śledztwo ma dotyczyć ujęcia piromana, który coraz to śmielej poczyna sobie z ogniem, podpalając kolejne kamienice. Chociaż zwykło się mówić, że podpalenia to łódzka tradycja z dziewiętnastego wieku – jeden ze sposobów na “rewitalizację” miasta. Ale nie tylko piroman jest zmartwieniem lokalnych władz – coraz głośniej mówi się o napadach na cudzoziemców, a nawet groźbie ataku ze strony muzułmańskich terrorystów.

Miasto oczami profilerki wcale nie zachęca do zacieśniania kontaktów z miejscowymi. Historia odcisnęła swoje piętno w mieście, pozostawiając ruiny fabryk włókienniczych, bogato zdobione pałacyki fabrykantów, ceglaste kamienice, w których pomieszkuje biedota, postsocjalistyczne molochy opanowane przez miejskie elity, czy żydowskie getto Litzmannstadt. I nawet artystyczny półświatek Łodzi, poprzez swoją muzykę i monumentalne murale, nie jest w stanie odczarować tej szarzyzny.

Mówi się, że to miasto ludzi przegranych – tych, których po utracie pracy stać było tylko na sięgnięcie po kolejne promile. A bezsilność w połączeniu z promilami rodzi przemoc, odbijającą się nie tylko na domownikach, ale także i na bezdomnych, cudzoziemcach i wyznawcach innych religii. Ale nie każdego człowieka, żyjącego na marginesie społecznym, trzeba utożsamiać z zakapiorem. A wręcz przeciwnie:

Była w Łodzi dopiero niecałą godzinę, a już pięć osób zdołało opróżnić jej kieszeń z moniaków. (…) Zastanawiała się, czy może się świeci, czy też to taki łódzki zwyczaj naciągać turystów. Żaden z żebraków nie wyglądał na bezdomnego, choć większość zapewne cierpiała z powodu kaca. Wszyscy byli niezwykle kulturalni i mili. Schludnie ubrani, pozbawieni specyficznego odoru, który zwykle towarzyszy ludziom żyjącym na ulicy (…). Sasza w żadnym innym mieście nie wiedziała tylu sympatycznych meneli.

Ale walka z menelami to tylko czubek góry lodowej problemów w Łodzi. W mieście grasują szajki wyłudzające pieniądze od naiwnych ludzi, czyściciele kamienic chwytają się różnych sposobów, by pozbyć się niechcianych lokatorów – a to szczurze plagi, przypadkowe zwarcia i dziwnym przypadkiem ożywające duchy przodków. Łapówki dla urzędników już nikogo nie dziwią, ani tym bardziej ciemne interesy znanych detektywów i adwokatów, chcących zarobić na cudzym nieszczęściu. A zwykły obywatel, który nie może doprosić się o sprawiedliwość, bierze sprawę w swoje ręce, albo wysługuje się tymi, którym jest obojętne, czy po raz kolejny złamią prawo.

Bonda ubarwia ten negatywny wizerunek miasta, wprowadzając sporo postaci drugoplanowych, nadając im nieco humorystyczne pseudonimy – Platyna, Flak i Drugi, Cuki, Ptyś, Cybant, bracia Szron i Sadź, Babcia Bombka, czy tajemniczy poeta Aszkenazy. Postacie diametralnie różne, ale nie sposób im odmówić autentyczności. Autorka włożyła sporo pracy, by poznać środowisko i sposób życia każdego z nich. I dlatego zafundowała nam dość wybuchową mieszankę stylów – często pobrzmiewa gwara łódzka (dostać lampiona między oczy od łódzkiego menela), zwłaszcza w kontekście miejskiej topografii (Włókienka, Abramka, Limanka, Galera i Kochanówka).
Słychać mocne hasła, autorstwa Zeusa – łódzkiego rapera – Ponoć wszystko jest kwestią ceny i tego, jak bardzo chcemy/ Się przebić, zmienić się, po to, by ktoś nas wreszcie docenił/ Zza pleców patrzy ci zawsze to małe miasto/Jego szepty nie dają ci zasnąć
I oczywiście wulgaryzmy w mowie potocznej, które niektórych z pewnością mogą razić, ale – nie wymagajmy, by miejska biedota posługiwała się “uładzoną” polszczyzną.
Mile mnie zaskoczyło nieco ironiczne poczucie humoru – choćby w opisach postaci (Nie miał pojęcia, skąd brała te ciuchy, ale musiały być w Łodzi popularne miejsca z konfekcją ‘church collection’ i z pewnością wydawali na nie dożywotnią gwarancję antygwałt) lub w sąsiedzkich donosach (Przyniosła matce świadectwo z czerwonym paskiem, za to test ciążowy z dwoma).

Tylko nieporównywalnie mało w tej Łodzi jest samej Saszy i kryminalnej akcji. Owszem, profilerka musi dzielić swój czas pomiędzy pracą w Łodzi a rodzinną sielankę z córką w Gdańsku. Jej znajomość psychiki podpalacza okazuje się być niezwykle przydatna w tym śledztwie. Tylko kogo tak naprawdę wszyscy poszukują – zabójcy czy podpalacza, który poprzez ogień chce pokazać swoją władzę nad miastem? I czy po raz kolejny odróżnią go od kozła ofiarnego?

Nie nazwałabym “Lampionów” kryminałem. To raczej powieść sensacyjna, osadzona w miejskich realiach. Jestem pod wrażeniem, że pomimo dużej liczby wątków po raz kolejny autorka potrafiła je scalić w logiczną zagadkę, chociaż pewne kwestie wciąż pozostały otwarte. Ale zostawmy sobie Czerwonego Pająka na ostatnią część tetralogii…

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*