„Szmelc” S.J. Lorenc

“Mówił, że nie może się z nim nawet na chwilę rozstać i chorobliwie, tak, użył tego słowa, ma potrzebę robienia sobie zdjęć”.

Big Swinger – tak, oto winowajca całego tego zamieszania. Stary, analogowy aparat fotograficzny Pawła Zmory, dzięki któremu robienie sobie selfie nabiera nowego wymiaru. Niekoniecznie dobrego.

Ale chronologicznie rzecz ujmując – wszystko zaczyna się od zniknięcia Zmory i pojawienia się Lucjana „Lucy” Stanisławskiego, jego byłego ucznia. Lucy rozpoczyna poszukiwania swojego mentora, zamieszkuje w jego mieszkaniu i przejmuje część obowiązków służbowych. A później zaczynają się dziać rzeczy wielce zaskakujące i zarazem niepokojące. I to na wielu płaszczyznach. I nawet jakbym uchyliła rąbka tajemnicy, to nie wiem, czy byście uwierzyli…

„Szmelc” zapowiadał się jako historia kryminalna, osadzona w świecie fotografów. Wplecione ciekawostki o technice fotografowania, o rodzajach aparatów, przywoływanie nazwisk wybitnych fotografów czy dyskusje o analogowych zdjęciach – o tym wszystkim przeczytałam z ciekawością.

Ale w końcu to kryminał, choć bardziej szukamy zaginionego aniżeli mordercy, bo przecież ciała nie ma. Policja wykazuje dość nikłe zaangażowanie, współpracownicy Zmory średnio przejmują się zniknięciem kolegi. Jedynie Lucy szuka odpowiedzi wśród setek zdjęć, z niepokojem podchodząc do teorii o zgubnym wpływie Big Swingera. I gdy już mniej więcej wiemy, w którą stronę historia będzie zmierzać, następuje chaos. Trudno rozeznać, co jest rzeczywistością a co snem, co wspomnieniem a co tylko zdjęciem…

„Mówił, że każde kolejne zdjęcie, które sobie nim robi, zabiera jakąś bezużyteczną część jego osoby”.

Jako czytelniczka czułam się zagubiona fabularnie, jak i narracyjnie. Przeskakiwanie z Lucy do różnych wspomnień, sytuacji, analizowanie zaników pamięci i materializowanie się snów, było mocno surrealistyczne. Ba – też mocno absurdalne, makabryczne i coraz bardziej krwawo. A scena ze słoniami (!) ostatecznie mnie pokonała.

Mam bardzo mieszane odczucia po lekturze „Szmelcu”. Nie znam drugiego kryminału, w którym fotografia odgrywałaby tak dużą rolę. Ale nagromadzenie przemocy, agresji ze szczegółowymi opisami nie budzi mojego uznania i nie jest dla mnie sposobem na zdynamizowanie akcji i przykucie uwagi czytelnika do końca książki. Też samo zakończenie zostawiło mnie z kilkoma wątpliwościami. Może to moje nieuważne czytanie, a może kwestia skupiania się na tym, co jest jawą a co tylko koszmarem.
Może. Oceńcie sami.

__
S.J. Lorenc „Szmelc”
Wydawnictwo Mięta

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*