Poznański meldunek – “Masz to jak w banku” R. Ćwirlej
“(…) ale od kilku lat wierzył tylko w swoją szczęśliwą gwiazdę i własny milicyjny nos, który zawsze pozwalał mu cało wyjść z opresji. Wierzył też, że jeśli coś się w kraju zmieni, to on i tak da sobie radę w tej nowej rzeczywistości”.
Jest marzec 1989 r. W szaroburej polskiej rzeczywistości trwają obrady Okrągłego Stołu a ptaszki ćwierkają, że zmiany w polityce to tylko kwestia czasu. Ale zostawmy Warszawę, bo w samym sercu Wielkopolski sporo się dzieje. Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych ma ręce pełne roboty. W tajemniczych okolicznościach giną handlarze dewizami, a ktoś nawet przygotowuje zamach na poznańskiego króla cinkciarzy, czyli Ryszarda Grubińskiego, zwanego Grubym Rychem. Śledztwo prowadzi kapitan Mirek Brodziak, prywatnie przyjaciel Grubego Rycha jeszcze z lat młodości. A gdy okazuje się, że w sprawę zamieszana jest jeszcze poznańska SB a stawką są naprawdę duże pieniądze, wydarzenia nabierają nieoczekiwanego rozwoju.
“Masz to jak w banku” wpisuje się w kryminalną niszę czasową. Czytałam kryminały retro, z początku XX wieku; znam również te bardziej współczesne. I gdzieś pomiędzy nimi, chociaż bliżej dzisiejszych czasów, pojawia się kryminalna Polska Ludowa z 1989 r. Tego okresu nie pamiętam a Poznania nie było dane mi odwiedzić. Ale w sumie wyszło mi to na dobre, bo mogłam cieszyć się ich odkrywaniem, bez wcześniejszych podpowiedzi czy aluzji.
A w Poznaniu dzieją się rzeczy… nie do poznania. Cinkciarze handlują dewizami, milicjanci piją przy każdej okazji, hitowe Peweksy kuszą zachodnią odzieżą. Wielkie firmy, jeszcze większe nielegalne interesy i ambicje, by na zmianie politycznej ugrać jak najwięcej. Przecież biznesmen brzmi o wiele lepiej aniżeli cinkciarz. No i te marmurkowe spodnie!
Pomimo, że śledztwo się toczy, biznesy się kręcą, to humor wszystkim dopisuje. Żartują tak jakby od niechcenia, ale bardzo trafnie. Chociaż z drugiej strony – przy takiej ilości wypijanego alkoholu nie sposób zachować powagę. Najlepiej wiedzą o tym milicjanci. Zawsze pod ręką znajdzie się jakaś flaszka – albo ze skonfiskowanych zasobów, albo podarowana w prezencie za mniejszy mandat… A czasami wystarczy wskoczyć w nyskę i pojechać na nocnym dyżurze do pobliskiego punktu.
Humor to jedno, ale ci milicjanci! Trafią się ci z dobrym nosem śledczym, albo tacy, którzy deklarują zamiłowanie do pisania powieści neomilicyjnej. Inni dysponują dwiema lewymi rękoma (i w dodatku trzęsącymi się!) i… zezem.
(…) funkcjonariusz ma być zawsze grzeczny w rozmowie z interesantem,
żeby ten wiedział, że nie musi się obawiać kontaktu z milicjantem,
bo przecież milicjant nie chowa za plecami pały i nie przyleje mu znienacka.
Bo gdyby chciał przylać, to przecież wcale by nie gadał.
A cinkciarze wcale nie są lepsi i potrafią wygłaszać bardzo wyrafinowane złote myśli, jak choćby Tunio Ząbek:
Najważniejsze w życiu, to powiem ci, że się tak wyrażę,
jest posiadanie szczęścia w pełnym zakresie (…).
Ale jednakowoż żeby mieć szczęście, to temu szczęściu trzeba dopomagać,
wychodząc jemu naprzeciwko w bliskiej, najlepiej prostopadłej perspektywie.
I chociaż postaci jest dość dużo i na początku trochę trudno się połapać, kto stoi po jasnej, a kto po ciemnej stronie mocy, w miarę upływu akcji jest coraz lepiej. I nie zapominajmy o kobietach – silne, zdeterminowane, mogą bardzo dużo namieszać.
Pierwsze spotkanie z twórczą Ryszarda Ćwirleja wypadło na tyle dobrze, że z pewnością nie będzie ostatnie. Łączy w tej książce kilka rzeczy, które szczególnie przypadły mi do gustu – niebanalny czarny humor, wyraźny punkt kulminacyjny akcji, nieprzeciętne postacie… i urocze wtrącenia z gwary poznańskiej.
__________
To polecam gorąco inne powieści Ryszarda Ćwirleja. Znakomite. Te bardziej retro, z komisarzem Fischerem również.
Na pewno zajrzę 🙂
Lubię klimaty retro w kryminałach.